Historia Historia

Historia urządzania lasu
W Polsce za prekursora planowania urządzeniowego uchodzi wielki kanclerz koronny Jan Zamoyski (1542–1605), który w swoich dobrach wprowadził instrukcje gospodarcze nakazujące m.in. odnowienia po zrębach zupełnych. W 1786 r. rozpoczęto w Polsce pierwsze prace urządzeniowe w lasach królewskich na terenach obecnej Puszczy Kozienickiej. 200-letnia rocznicę tych prac obchodzono na Konferencji naukowej BULiGL w Wildze w 1987 r. W czasach nam bliższych, dużą rolę w kształtowaniu państwowego urządzania lasu odegrały działania związane z urządzaniem lasów państwowych podejmowane w okresie międzywojennym. Działania te – kontynuowane po II wojnie światowej – doprowadziły do utworzenia w 1956 r. Biura Urządzania Lasu i Projektów Leśnictwa, którego nazwę w 1973 r. zmieniono na Biuro Urządzania Lasu i Geodezji Leśnej po odłączeniu z Biura pracowni ds. projektowania inwestycji w lasach.
Początki państwowego urządzania lasu w Polsce międzywojennej, następnie tworzenie służb urządzeniowych i ich funkcjonowanie do 1956 r. realizowano w ramach administracji Lasów Państwowych. Po roku 1956 trzonem urządzania lasu jest nasze przedsiębiorstwo.


Omówienie poszczególnych rewizji urządzania lasu

 

Historia pomiarów geodezyjnych
Historia pomiarów geodezyjnych na gruntach leśnych sięga czasów sprzed II wojny światowej.
W tym okresie zespoły składające się z geodetów i leśników na terenie poszczególnych Dyrekcji Lasów Państwowych wykonywały pomiary uzupełniające oraz nowe pomiary, stosując stabilizację znakami trwałymi (kamienie lub słupy betonowe). Kierownicy tych zespołów, zgodnie z obowiązującymi w tym czasie przepisami, posiadali uprawnienia mierniczych przysięgłych. więcej >>

 

Historia przedsiębiorstwa
W okresie powojennym organizacja urządzania lasu rozpoczęła się od utworzenia zaraz po wojnie w 17 dyrekcjach lasów państwowych – sekcji urządzania lasu. Z sekcji tych – zarządzeniami nr 413-227 Ministra Leśnictwa z dnia 23 listopada 1955 r. – utworzone zostało 15 biur urządzania i pomiaru lasu położonych w Białymstoku, Toruniu, Gdańsku, Katowicach, Radomiu, Szczecinku, Krakowie, Lublinie, Łodzi, Olsztynie, Poznaniu, Przemyślu, Gorzowie Wielkopolskim, Siedlcach oraz Brzegu. Od 1 października 1956 r. przedsiębiorstwo przyjęło nazwę Biuro Urządzania Lasu i Projektów Leśnictwa. W wyniku zmian zadań legislacyjnych 1 stycznia 1973 r. nazwa przedsiębiorstwa została zmieniona na Biuro Urządzania Lasu i Geodezji Leśnej. Pomimo, że biura te pozostawały nadal w administracji Lasów Państwowych, był to ważny krok w kierunku usamodzielnienia się służby urządzania lasu oraz utworzenia samodzielnego przedsiębiorstwa. 30 września 1996 r. funkcję organu założycielskiego i tym samym sprawowanie nadzoru nad BULiGL przejął Minister Skarbu Państwa, a przedsiębiorstwo zostało zaliczone do grupy przedsiębiorstw o szczególnym znaczeniu dla gospodarki państwa. Od 1 stycznia 2017 r. organem założycielskim przedsiębiorstwa jest Minister Środowiska.

Historia oddziału Historia oddziału

Krótki rys historyczny powstania Biura Urządzania Lasu i Geodezji Leśnej Oddział w Przemyślu.

W okresie powojennym, począwszy od 1945 roku, przy Dyrekcji Lasów Państwowych Okręgu Rzeszowskiego w Tarnowie i od 1947 roku w Przemyślu, rozpoczęły prace samodzielne Sekcje Urządzania Lasu Wydziału Urządzania Lasu (Zagospodarowania Lasu). Ich siedziby (pracownie) znajdowały się w kilku różnych miejscach Rzeszowa, Tarnowa i Przemyśla.

Przyjmowano pracowników mających za sobą przedwojenną praktykę urządzeniową, staż pracy w lasach prywatnych i państwowych. Nowi pracownicy zostali przeszkoleni na trwających 3 miesiące kursach urządzeniowych, które odbywały się w Mrowli i Tułowicach. Kierownikiem kursu w Mrowli koło Rzeszowa był Franciszek Jamroz, absolwent Wydziału Rolniczo-Lasowego Politechniki Lwowskiej, wykładowca ze Szkoły Leśnej w Bolechowie, pracujący od 1927 r. w Lasach Państwowych i od 1937 r. w Ministerstwie Rolnictwa Naczelnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Warszawie (1937–1939). Pierwszym kierownikiem Sekcji Urządzania Lasu był Mieczysław Tabisz, następnie: Mieczysław Turzański, Mirosław Gąsiecki, Tomasz Głodowski, Władysław Zasucha, Wacław Pitr, Bronisław Gwóźdź, Stanisław Majewski i Mieczysław Knych. Kierownikami drużyn urządzeniowych byli: Włodzimierz Bielówka, Piotr Dubiel, Stanisław Sławiński, Ludwik Mrożek, a kierownikami drużyn geodezyjnych: Mieczysław Kamienobrodzki, Józef Szawliński i Józef Jaroszewicz.

W latach 1945–1951 wykonana została szeroko zakrojona akcja inwentaryzacyjna, oparta na istniejących (różnorodnych) podkładach mapowych, na podstawie której opracowano w skali całego kraju tzw. prowizoryczną powierzchniową tabelę klas wieku, stanowiącą podstawę do obliczania etatów użytkowania do czasu opracowania planów gospodarczych dla poszczególnych nadleśnictw. Na jej podstawie (w latach 1945–1955) wykonane zostały prowizoryczne plany urządzenia lasu, które zawierały szczegółowe plany zagospodarowania lasu na okres 10 lat, porządkowały stan posiadania, stanowiły cenny materiał przedstawiający stan lasów w poszczególnych nadleśnictwach i możliwości ich użytkowania.

Teren działania Biura w Przemyślu stanowił najtrudniejszy rejon w Polsce, głównie Bieszczady i Podkarpacie. Obejmował tereny górzyste, wyludnione, niezamieszkałe, zaniedbane, bez sieci utwardzonych dróg, często zaminowane, w rejonach gdzie grasowały zbrojne oddziały podziemia. O stanie zaludnienia może świadczyć fakt, że kiedy jeden z pracowników wracając z delegacji motocyklem w sobotę zgubił płaszcz przeciwdeszczowy, to jadąc w teren w poniedziałek, znalazł go w tym samym miejscu, gdzie go zgubił.

Nieżyjący już przedwojenny urządzeniowiec, późniejszy dyrektor Mieczysław Turzański, został zatrzymany w lesie przez oddział zbrojny, grożono mu rozstrzelaniem, ale uratowały go dokumenty, stwierdzające pobyt w niewoli niemieckiej, w oflagu. Został zmuszony do wypicia tak dużej ilości bimbru, że spał po tym około 2 dni, a w tym czasie został przewieziony furmanką do wsi, kilkanaście kilometrów dalej, aby nie mógł zdradzić miejsca pobytu tego oddziału.

W pracy brakowało podkładów geodezyjnych, planów i map. Tereny stanowiły ,,białą kartę”. Tworzona była nowa granica rolno-leśna, a taksację, pomiary i mapy wykonywane były od podstaw. Pod koniec 1955 r. zostało powołane Zarządzeniem Ministra Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego – Biuro Urządzania i Pomiaru Lasu (Sekcje Urządzeniowe), wyodrębnione z poszczególnych dyrekcji Lasów Państwowych. Na ich bazie we wrześniu 1956 r. wydano kolejne zarządzenie powołujące z dniem 1 października 1956 r. specjalistyczne samodzielne przedsiębiorstwo państwowe pod nazwą Biuro Urządzania Lasu i Projektów Leśnictwa.  

Biuro Urządzania Lasu i Projektów Leśnictwa Oddział w Przemyślu, które wykonywało w tym czasie prace urządzeniowe dla terenów Okręgowej Dyrekcji Lasów Państwowych w Przemyślu, składało się z trzech drużyn urządzeniowych i dwóch drużyn geodezyjnych. Pierwszym dyrektorem Oddziału w Przemyślu został Stanisław Majewski. Siedziba Biura mieściła się w budynku Okręgowego ZarząduLasów Państwowych w Przemyślu w Rynku. Zatrudnionych byłowówczas około 30 osób, kierownikami drużyn w tym czasie byli: Ludwik Mrożek, Andrzej Zięba, Kazimierz Czech, Józef Szawliński
i Bronisław Głowa.

W latach 1956–1967 wykonano tzw. definitywne urządzanie lasu dla wszystkich nadleśnictw OZLP w Przemyślu i opracowano szczegółowe plany na poszczególne lata pierwszego 10-lecia oraz w sposób ramowy dla drugiego 10-lecia, stwarzając właściwe przesłanki do gospodarowania zgodnie z zasadą ciągłości, trwałości i równomierności użytkowania. Pierwsza rewizja planów urządzania lasu, wykonywana była w latach 1968 – 1977.

W 1973 r. w związku z powołaniem Biura Studiów i Projektów Leśnictwa (1972 r.), które podjęło problematykę specyficznych opracowań i projektów z zakresu melioracji wodnych, budownictwa drogowego i budownictwa ogólnego oraz kształtowania terenów zieleni, zmieniona została nazwa z Biura Urządzania Lasu i Projektów Leśnictwa na Biuro Urządzania Lasu i Geodezji Leśnej, która to nazwa jest dalej aktualna.

Po reorganizacji leśnictwa i podziału administracyjnego kraju w 1975 r. pojawiła się konieczność skorygowania istniejących planów urządzeniowych o zaistniałe zmiany powierzchniowe w nadleśnictwach i obrębach leśnych oraz o zaszłości gospodarcze. Przeprowadzona jednorazowa aktualizacja powierzchni i zasobów drzewnych według stanu na 1 stycznia 1978 r. przyjęta została jako początek II rewizji urządzeniowej, opartej na nowo wprowadzonej statystyczno-matematycznej metodzie inwentaryzacji zasobów leśnych, której jednym z celów – obok uzyskania obiektywnych danych odnośnie zapasu – było powiązanie danych urządzania lasu z systemem informatycznym leśnictwa.

Pod koniec lat 70. Oddział w Przemyślu rozpoczął budowę własnej siedziby Biura w Przemyślu oraz w Rzeszowie. Spowodowane to było zwiększeniem zakresu opracowań, wprowadzaniem nowych technologii i rozszerzeniem asortymentu robót także na: prace z zakresu inżynierii leśnej – od 1974 r. prace glebowo-siedliskowe – od 1978 r. plany urządzania gospodarstw rezerwatowych, projekty terenów zieleni itp., które rozwinięte szczególnie w latach 80. powodowały konieczność zatrudniania wysoko wykwalifikowanej kadry i zapewnienia jej odpowiednich warunków pracy oraz wyposażenia w nowoczesny sprzęt.

Szczególnie intensywny rozwój tych prac miał miejsce po objęciu stanowiska dyrektora Oddziału przez Mariusza Kościelnego. Nastąpił wtedy dynamiczny wzrost asortymentu robót, wyposażenia technicznego i wprowadzanie nowych technologii. Oddana do użytkowania w 1985 r. nowoczesna siedziba Oddziału pozwoliła na zapewnienie załodze właściwych warunków pracy (do 1975 r. Oddział posiadał pracownie w wynajmowanych pomieszczeniach w 4. różnych miejscach miasta). Należy jedynie żałować, że na skutek przyczyn niezależnych od Oddziału nie została dokończona inwestycja, związana z budową nowoczesnego laboratorium gleboznawczego. Budynek w stanie surowym został przekazany pracownikom, którzy w ramach zawiązanej spółdzielni mieszkaniowej, własnym kosztem adaptowali go na mieszkania pracownicze.

Stan załogi Oddziału ulegał na przestrzeni lat ogromnym zmianom – od kilkudziesięciu osób aż do 130 w okresie największego rozkwitu. Obecny stan zatrudnienia (wynoszący 65 osób) jest wynikiem po części spadku liczby zamówień, wprowadzeniem terytorialnego zasięgu działania, jak również drapieżnej konkurencji prywatnych firm, obniżających stawki za prace uzyskiwane w drodze przetargów.

Wykształcenie osób pracujących w urządzaniu zmieniało się na przestrzeni lat w zdecydowany sposób – od ludzi mających głównie, oprócz zapału i umiłowania lasu, podstawowe i średnie wykształcenie oraz odbyte rozliczne kursy z różnych zakresów – do wysoko wykwalifikowanych fachowców różnych dziedzin z wykształceniem wyższym.

W okresie powojennym w urządzaniu pracowały również osoby mające praktykę urządzeniową z okresu międzywojennego, które kończyły: Wydział Rolniczo-Lasowy Politechniki Lwowskiej, Państwowe Liceum Leśne w Krzemieńcu, Państwową Szkołę Leśną w Bolechowie, Państwową SzkołęMierniczą w Kowlu, Wyższą Szkołę Lasową w Reichstadt.Informacje o osobach,które kończyły te uczelnie, zawarte są na liście pracowników znajdującej się na końcu działu.

Wśród zatrudnionych pracowników najliczniejszą grupę stanowili absolwenci techników leśnych w Ojcowie, Głogowie, Krasiczynie, Biłgoraju, Lesku, Porażynie, Miliczu, Tułowicach, Brynku; absolwenci szkół wyższych: SGGW w Warszawie, AR w Poznaniu i AR w Krakowie, AGH w Krakowie, takich kierunków jak: leśnictwo, geodezja, melioracje, biologia, geografia, ekonomia, a w miarę potrzeb i innych specjalności. Łącznie, za okres od 1945 r. do chwili obecnej, można odszukać w archiwum nazwiska ponad 750 osób, które na krótszy czy też na dłuższy okres, niekiedy nawet na całe życie, związały się pracą z Oddziałem.

Zdobyta wiedza i praktyka naszych pracowników była wysoko ceniona w innych zakładach pracy, do których odchodzili nasi pracownicy. Wielu z nich przechodziło do pracy w nadleśnictwach, pełniąc funkcje nadleśniczego czy leśniczego, lub do urzędów administracji państwowej itp.. Wśród nich byli m.in.:

-     Zbigniew Nocznicki po odejściu z Przemyśla był dyrektorem Oddziału w Radomiu
a następnie sekretarzem stanu w Ministerstwie Rolnictwa, Leśnictwa i Gospodarki Żywnościowej,
 
-     Stanisław Majewski był dyrektorem Oddziału w Krakowie, następnie dyrektorem RDLP
w Krakowie,
 
-     Franciszek Chełpa był zastępcą dyrektora w RDLP w Lublinie,
 
-     Marian Czuba jest naczelnikiem Wydziału Nadzoru Urządzeniowego w DGLP,
 
-     Jan Głaz jest pracownikiem naukowym w Zakładzie Urządzania i Monitoringu Lasu Instytutu Badawczego Leśnictwa,
 
-     Marian Wlazełko jest pracownikiem naukowym Katedry Łowiectwa AR w Poznaniu,
 
-     Lilianna Witkowska-Wawer jest wykładowcą uniwersyteckim w Wielkiej Brytanii.
 
Być może takich nazwisk można by wymienić więcej, bo na pewno nie o wszystkich wiemy.
 
Nasz Oddział był jednym z pierwszych prekursorów wprowadzania nowych technologii, związanych z rozszerzaniem asortymentu robót i wykorzystywania do opracowań zdjęć lotniczych, służących do opracowania leśnych map numerycznych oraz elementów SIP dla leśnictwa i ochrony przyrody. Uczestniczyliśmy w różnych wystawach, targach obok naszego przedsiębiorstwa, zdobywając nagrody, dyplomy i wyróżnienia. Z najważniejszych nagród to:
 
-I Nagroda w ramach konkursu na ,,Najlepszy Produkt”, za opracowanie leśnych map numerycznych, podczas Targów Leśnych w Krakowie w 1998 r.,
 
-II Nagroda w ramach konkursu na ,,Najlepszy Produkt”, prezentowany na II Targach Leśnictwa w Krakowie w 1999 r., za leśną mapę numeryczną,
 
-Nagroda ,,Złotej Szyszki” za elementy Systemów Informacji Przestrzennej dla leśnictwa i ochrony przyrody, uzyskana na VI Międzynarodowych Targach Leśnych 2000 w Warszawie.

Niestety, mieliśmy też w swojej historii zdarzenia tragiczne, które zakończyły się śmiercią pracowników. W trakcie prac terenowych w Bieszczadach na Haliczu 12 maja 1978 r. zmarł (z przechłodzenia organizmu) geodeta Ryszard Halicki. Wspomnienia o akcji ratowniczej, opisanej przez członka GOPR AntoniegoDerwicha, zostały przytoczone za zgodą autora, na podstawie opowieści bieszczadzkich GOPR–owców, w książce wydanej pod redakcją Edwarda Marszałka ,,Wołanie z połonin”. Również w trakcie prac terenowych, na terenie Nadleśnictwa Lubaczów, zmarł na atak serca 26 września 1984 r. gleboznawca Władysław Skalny.

Najdłużej pracującym w urządzaniu – 49 lat pracy – był Edward Wacławski. Najdłużej żyjącym urządzeniowcem był taksator Jan Mikulski – zmarł w wieku 99 lat.

Poniżej zamieszczono wiersz autorstwa Edwarda Wacławskiego, oddający stan duszy, tęsknotę do lat młodości i terenów, w których pracował autor. Dalej zamieszczony został tekst piosenki, śpiewanej przez kolejne zastępy urządzeniowców podczas wspólnych spotkań i wieczornych biesiad z pracownikami administracji Lasów Państwowych. Tekst ten, nieznanego autorstwa, datowany na lata 50., w miarę potrzeb był aktualizowany, zależnie od okoliczności.

 

Testament leśnika urządzeniowca

I bić przestanie serce

Proszę, zawieźcie mnie tu

Gdzie Dwernik, Cisna, Uherce

 

Gdzie Dolne i Górne Ustrzyki

Gdzie Połoniny się złocą

Gdzie słychać jeleni ryki

A wilków wycie nocą

 

Gdzie potoki i ścieżki kręte

Gdzie słomą kryta mała chatka

W nieprzebyte leśne ostępy

Gdzie Tarnica, Rozsypaniec, Wołosatka

 

Bo dziwną moc posiadają te strony

Ich piękno nie przeminie

Choć puste stoją dziś zagony

W Komańczy, Cisnej, Wetlinie

 

I nigdy nie czułem się tam obco

Wśród dolin czy na gór szczycie

Więc pochowajcie mnie na Terebowcu

Gdzie radosne spędzałem życie

 

Gdzie opustoszałe i dzikie sady

Gdzie borówka i dziewięćsił

Zawieźcie mnie w Bieszczady

A dalej będę żył !

 

Edward Wacławski

 

Pieśń „dziadowska” o urządzaniu

/melodia: Laura i Filon/

 

W powiecie leskim, we wsi Dołżyca,

Nad pięknym modrym strumieniem

W przepięknej willi, z pełnym komfortem

Mieszkało se urządzenie !

 

Bieżąca woda była w strumyku,

Gaz własny był na życzenie,

Dla własnych potrzeb, chałup bez liku

Tak żyło se urządzenie !

 

Było ich chyba ze siedemnastu,

A każdy chłop jak marzenie,

Każdy miał pannę, choć było ich dwie,

Ta starczy na urządzenie !

 

Co dzień o ósmej chodzili w góry,

By robić dobre wrażenie,

No i wracali późnym wieczorem,

Bo na to stać urządzenie !

 

W górach chodzili sobie po śniegu,

W bród przebywali strumienie,

Wieczorem pili spirt garnuszkami,

Na zdrowie, za urządzenie !

 

Trzy dni w tygodniu był wypoczynek,

Po ciężkiej pracy wytchnienie,

Wtedy się wzajem lali w siatkówkę,

Bo takie jest urządzenie !

 

Zaś po tej pracy jedną uwagę,

Trza dodać na zakończenie,

Że jeszcze kilka takich nadleśnictw,

I trafi szlag urządzenie !

 

Po trzech tygodniach takich rozrywek,

Na koniec pracy w terenie,

Zrobili sobie wspólną zabawę,

Bawić się chce urządzenie !

 

Dull robił wódkę, Kazio kanapki (zagrychę),

Edzio zaś ciepłe jedzenie,

A Leon z Józiem wszystko pieprzyli,

Stół, panny i urządzenie !!!

Dołżyca, 27.10.1950 r. 

Nieliczna garść wspomnień z dawnych lat, przekazana przez dawnych pracowników, emerytów i rencistów.

Edward Wacławski

Stawiałem wtedy pierwsze kroki terenowe w pracy urządzeniowej w 1946 r., idąc przez las (Nadleśnictwo Łańcut – dawna własność hrabiego Potockiego), napotkałem gajowego, który w pozycji ,,na baczność” zameldował o swojej obecności, podając nazwisko i funkcję w danym oddziale. Był to przykład dyscypliny, rzetelności i obowiązkowości przedwojennej kadry służby leśnej. W trakcie rozmowy gajowy zerwał jakąś roślinkę i zapytał o jej nazwę, a ja wstydząc się braku znajomości tej rośliny, ze wstydem wymyśliłem jakąś nazwę (niby to po łacinie), obawiając się równocześnie aby ponownie nie pytał, bo mogłbym jej nazwy ponownie nie powtórzyć.

Jako młody urządzeniowiec zostałem skierowany na kwaterę przez nadleśnictwo do leśniczówki. Przychodzę i zastaję elegancką i bardzo ładną kobietę oraz trochę starszą wiekiem, wg mnie trochę zaniedbaną i nieurodziwą damę. Naturalnie witam się szarmancko, przedstawiając się i całując rączki tej pierwszej kobiety, oświadczając że zostałem tu skierowany na kwaterę. Dość głupio się poczułem, gdy dowiedziałem się, że ta pierwsza pani to służąca, a ta druga pani to żona leśniczego. Dobrze, że obie rączki były wcześniej ucałowane.

Przeprowadzamy się na nową kwaterę rano furmanką do gajowego, który zamieszkiwał w bardzo ładnej, przedwojennej leśniczówce. Przeprowadzkę zorganizował sam nadleśniczy, miało się to odbyć uroczyście, bo było nas trzech: kierownik inż. Włodzimierz Bielówka, Stanisław Fałdziński i ja. Brama wjazdowa udekorowana na nasz przyjazd, na podwórzu długi stół zastawiony jedzeniem. W poczęstunku uczestniczył również nadleśniczy, leśniczy i 2 gajowych i pracownik nadleśnictwa, łącznie 8 osób. Zaczęło się od postawienia wódki malinówki, nalewki domowej, w niespotykanej już dzisiaj litrowej butelce. Zmartwiłem się bo jako najmłodszy w tym towarzystwie nie przepadałem za alkoholem tym bardziej, że byliśmy na czczo. Po pierwszym kielichu humor mi się poprawił, bo wydawał mi się bardzo łagodny, potem był drugi i trzeci. Dopiero po trzecim kielichu jeden z panów odezwał się, że to przecież nie jest wódka, co każdy z uczestników potwierdził. Gajowy zwraca się do żony – coś ty podała za wódkę. Żona zagląda do spiżarki i załamuje ręce – tacy goście, a to ty zabrałeś butelkę z sokiem malinowym, który wczoraj zrobiłam. Na stole wylądowała wtedy prawidłowa butelka, a tamta posłużyła do doprawiania spirytusu czy bimbru, dokładnie to nie mogłem sobie na drugi dzień przypomnieć.

Ponieważ wielu pracowników posiadało swoje domy rodzinne w pewnej odległości od biura, trzeba było wyjeżdżać kilka godzin wcześniej na święta. Kiedy byliśmy Sekcją urządzeniową przy Zarządzie Lasów, polecono aktywistom partyjnym obserwację osób ,,urywających się” i donoszenie dyrekcji. Na to była rada, brało się instrument busolowy i łatę mierniczą i udawaliśmy pomiar budynków w stronę Rynku a potem pracownik pozostawiał sprzęt u znajomych, a sam dawał nogę do stacji kolejowej. Niestety tam czasami była niespodzianka, w postaci towarzysza partyjnego.

Naturalnie w terenie dla miejscowej ludności wszyscy, niezależnie od wykształcenia byliśmy inżynierami- co czasami było krępujące ale w niektórych sytuacjach było niezręcznie prostować, aczkolwiek było to przyjemne.

Pamiętam natomiast mgr inż. Aleksandra Serafina, jako wybitnego humorystę, wspaniałego młodszego kolegę, oryginała. Nie było roślinki, której by nie znał nazwy zarówno polskiej jak i łacińskiej. Gdy po raz pierwszy w latach 70 pojawił się w Biurze, jako nowy pracownik, po podpisaniu umowy o pracę zapytał dyrektora ile mu jeszcze pozostało do emerytury. W terenie zawsze wracał bardzo późno na kwaterę, ponieważ potrafił z każdym napotkany rolnikiem, czy to przy płocie, czy w barze prowadzić dyskusje o polityce, szczególnie przy szklance piwa czy wina. Informacje miał zawsze aktualne, gdyż posiadał odbiornik radiowy z odpowiednio dostrojoną falą rozgłośni zagranicznych. Nie lubił ,,komunistów i czerwonego gestapo” i dlatego często miał kłopoty.

Kiedyś kierownik Aleksander Równicki wraz ze mną rozwoził pieniądze na wypłaty i po przybyciu wieczorem na kwaterę Olka, nie zastaliśmy go w mieszkaniu, gdyż gospodyni wyrzuciła go z kwatery. Pomimo kilkukrotnie zwracanej uwagi na chodzenie w zabłoconych butach gumowych po mieszkaniu, nie zastosował się do jej wymagań, zanieczyszczając mieszkanie. Przeniósł się więc do stajni, gdzie zastaliśmy go śpiącego na sianie w żłobie (oczywiście w ubranku i butach), a koń wyjadał mu ,,materac”.

Dzięki tej pracy poznałem wiele miejscowości i wielu ciekawych ludzi ich kulturę i zwyczaje, nie tylko w dawnym województwie rzeszowskim, krakowskim, lubelskim, kieleckim i olsztyńskim, wszędzie tam, gdzie byliśmy delegowani.
 
Często mieszkaliśmy w barakach dla robotników, czasami zakwaterowanych tam było kilka drużyn urządzeniowych i geodezyjnych. Było wesoło, po pracy były organizowane turnieje szachowe, brydżowe, czy w ,,zechcyka”, ,,3,5,8”, zawody siatkowe, wędkarskie oraz wspólne biesiady ze śpiewem solowym i grupowym.
 
Drużyna Urządzeniowa z kierownikiem Mieczysławem Knychem kwaterowała w klasztorze w okresie, gdy przebywał tam Kardynał Wyszyński. Inż. Józef Jaroszewicz w Komańczy poszedł do kościoła na nieszpory i będąc zmęczony po całodziennym chodzeniu po górach, zasnął w ławce. Kościół po mszy zamknięto. Kiedy się obudził nie mógł wyjść i po północy zaczął dzwonić sygnaturką, powodując alarm w Komańczy. Jósef Szawliński być może uniknął śmierci natykając się w lesie, w okolicach Baligrodu na bunkier, w którym ukrywali się ludzie. Udał że nic nie zauważył i wycofał się z tego rejonu.
 
Z biegiem lat następował postęp techniczny stosowaliśmy różnego rodzaju przyrządy do pomiaru drzew od listewki, lunetek, wysokościomierzy aż po relaskopy i trakony, forestory i rejestratory. Prace kreślarskie wykonywano ręcznie grafionem i piórkiem technicznym, potem specjalnymi pisakami. Teraz wkroczyła technika komputerowa.

AD PERPETUAM REI MEMORIAM (na wiecznej rzeczy pamiątkę ) – Edward Wacławski

Józef Tarczyński

Wspomnienia z prac terenowych

Działo się to roku pańskiego 1960 – drużyna urządzania lasu pod kierownictwem mgr inż. Mieczysława Knycha, wykonywała prace terenowe w Nadleśnictwie Cisna. Andrzej Zięba (,,Uduś”), Zdzisław Szczygieł (,,Duduś”) i Józef Tarczyński, kwaterowali w domku robotniczym nieopodal leśniczówki Buk. Pewnego lipcowego dnia wybraliśmy się, jak codziennie do taksacji na Górę Łopiennik (1069 m.n.p.m.). Z rana nic ciekawego się nie działo, pogoda była słoneczna, wiał lekki Pd-Z wiaterek. Po pokonaniu wysokości od kwatery (854 m.n.p.m.) wdrapaliśmy się na Łopiennik. Po osiągnięciu celu zaczęliśmy zauważać, że pogoda nagle zaczyna się zmieniać. Zaczął padać drobny deszczyk, powstawała coraz gęstsza mgła, która z minuty na minutę gęstniała, tworząc jakby zasłonę dymną. Mówię do Zdzicha, wracajmy na kwaterę, gdyż góry zawsze są groźne, na co Zdzichu odpowiedział, zróbmy to wyłączenie drzewostanowe i wracamy. Dobrze było mówić, gorzej wykonać – gdyż mgła ,, spowiła” cały Łopiennik. Ponawiam zejście z lasu do kwatery, Zdzichu wyraża zgodę aby iść warstwicami, idziemy. I poszliśmy, aby po pewnym czasie znaleźć się w tym samym miejscu skąd wyszliśmy, powtarzamy manewr i to samo –jedno jest pewne zabłądziliśmy. Powiadam do Zdzicha, nie ma innej rady tylko schodzimy w dół z biegiem potoku i dojdziemy do drogi. Tak też się stało poszliśmy z biegiem potoku i wyszliśmy nie na Buk lecz na Jabłonki koło pomnika ,, Karolka Świerczewskiego”. Oczywiście spotkaliśmy kolegów z ,,bratniej” drużyny pod kierownictwem mgr inż. Ludwika Mrożka, którzy pracowali w Nadleśnictwie Baligród. Uciechy było co nie miara, spotkanie uczciliśmy wypiciem ,,chalby” piwa za szczęśliwy powrót z Łopiennik.

Koledze Zdzisławowi Szczygłowi szczególnie w pamięci pozostał okres pracy w Dukielskiej Dolinie Śmierci. Kierownikiem drużyny urządzeniowej, która wykonywała prace na terenie wsi Nowy Żmigród, Polany, Myscowa, Grab, Ożanna był inż. Dubiel. Lasy te były zaminowane, aby przystąpić do pracy, należało przejść i w miarę możliwości oznaczyć, wytyczyć i odgraniczyć pole minowe. Po naradzie kierownik zaproponował ochotników do tych prac. Byli to inż. Dubiel, Szczygieł i Andrzej Zięba. Zdzisław Szczygieł był w partyzantce w Armii Krajowej i był przeszkolony i przydzielony do drużyny minerskiej. Doświadczenie z partyzantki bardzo więc się przydało, a przekazane cenne rady posłużyły do wykonania zadania wyznaczenia pól minowych. Nikt nie zginął ani nie został ranny a może to była ręka Opatrzności.

Tadeusz Misiak

Okres mojej pracy, początkowo w Biurze Urządzania Lasu i Projektów Leśnictwa, po zmianie nazwy - w Biurze Urządzania Lasu i Geodezji Leśnej Oddział w Przemyślu, jest istotnym rozdziałem w moim życiu. Była to moja pierwsza praca, podjęta w lipcu1967 r., tj. tuż po ukończeniu nauki w Technikum Leśnym w Krasiczynie. Miałem wtedy 19 lat i chęć zaznania przygody i wędrownego - cygańskiego życia. Również możliwość dobrego zarobku (praca w akordzie) też była nie bez znaczenia. Mimo, że odległy to już czas i wiele zdarzeń z przeszłości w sposób naturalny zatarło się w mej pamięci, to jednak niektóre, jak sądzę, dość dobrze pamiętam, przynajmniej ich istotę.

Przede wszystkim pragnę przywołać pamięć o nieżyjących od wielu lat starszych kolegach, wprowadzających mnie do trudnego zawodu taksatora leśnego i w ogóle urządzeniowca. Wspominam z pewnym wzruszeniem panów: Stanisława Ponizila i Władysława Wołoszczaka, ich bezinteresowną pomoc jakiej doświadczałem na co dzień w pracy, a także w trudnym życiu w delegacji, z dala od rodziny i domowych wygód. Wspominając pana Stanisława szczególnie zapamiętałem nasze pierwsze spotkanie na kwaterze w Łobozewie, niedaleko Soliny (wtedy jeszcze bez Zalewu Solińskiego (powstał w następnym roku). To tam ze zdziwieniem zabaczyłem jak pan Stanisław, zwany przez starszych kolegów „Szewciem” (nie wiem dlaczego), wyjmował z plecaka lampę naftową, butelkę z naftą oraz wiele innych przedmiotów i różnych drobiazgów, które wydawały mi się tutaj zbyteczne. Szybko przekonałem się jak bardzo się myliłem w tej ocenie. Lampa przydała się już tego samego dnia - wieczorem, bo okazało się, że w „naszej” chałupie nie ma prądu, a i inne przedmioty np. młotek i gwoździe były przydatne. Pamiętam też, że w pracy pan Stanisław był niezwykle pilny i sumienny. Zwykle po przyjściu z lasu na kwaterę i zjedzeniu jakiegoś posiłku, już przy świetle lampy naftowej uzupełniał raptularz taksacyjny, a nawet obliczał zasobności drzewostanów na powierzchniach próbnych, szemrając pod nosem pamięciowe rachunki. Granice drzewostanów, które mierzyłem teodolitem TB1 (zwanym potocznie instrumentem), były bardzo dobrze oznaczone farbą, łatwe do odszukania. Jego szkice taksacyjne były zadziwiająco dokładne (używał busolki). Zimą, kiedy w Biurze nanosiłem punkty pomiarowe na kalkę techniczną i wkreślałem granice na tzw. planszety, inspektor Ludwik Mrożek po porównaniu naniesionych na kalkę granic ze szkicem w raptularzu, żartował: „Panie Szewciu, pańskie szkice można by wkreślać wprost na arkusze, są takie dokładne”. Na pana Stanisława niektórzy mówili, że to „austriacki urzędnik”, co było pochwałą rzetelnego wywiązywania się z obowiązków służbowych. Ale nie tylko służbowych, bo rzetelny i służący pomocą był zawsze. Takiego zapamiętałem.

Z kolei pan Władek Wołoszczak zapisał się w mej pamięci z innego rodzaju sytuacji. Jako stażysta byłem przyuczany również do samodzielnego wykonywania taksacji, w ramach obowiązkowego rocznego stażu pracy (warunkowo skracanego do pół roku). Staż z zasady kończył się dopiero po zdaniu egzaminu przed specjalnie powołaną komisją, co nie było zwykłą formalnością. Przekonało się o tym kilku kolegów, którzy powtarzali egzamin. Taksacji uczyłem się przy panu Władku. Kwaterowaliśmy w niezamieszkałej, też bez prądu, leśniczówce Leśnictwa Lichacze w Starym Siole. Stamtąd w upalne dnie, wczesnym rankiem (było chłodniej), chodziliśmy przez bory sosnowe do oddziałów, gdzieś w okolicy uroczyska Maczugi w Lasach Sieniawskich, oddalonych od naszej kwatery od 6 do 8 km. Raz zdarzyło mi się prosić Pana Władka, by już zakończył taksację, „bo zmierzcha się, a w ogóle to jestem bardzo zmęczony i głodny”. Wówczas Pan Władek zapytał: ”A czy pan wie co to znaczy być naprawdę głodnym?” Później któryś ze starszych kolegów opowiadał, że pan Władek w czasie okupacji był wywieziony na przymusowe roboty do Niemiec. Tam ciężko pracował na gospodarstwie rolnym, zwykle o głodzie i chłodzie. Cóż zatem znaczyło te moje parę godzin bez jedzenia. Pierwszą samodzielną taksację wykonałem pod koniec okresu stażowego. Pan Władek dał mi kalkę z wkreślonymi granicami jednego dużego oddziału, w którym miałem wykonać taksację. Taksacja była trudna na tamtejszej mozaice siedlisk borowych, od suchych do bagiennych, z kępami zróżnicowanych wiekowo zadrzewień i zaroślami, na terenie zlikwidowanego poligonu wojskowego, przekazanego Nadleśnictwu Wiązownica. Po wykonaniu taksacji tego oddziału, co zajęło mi dwa lub trzy dni, wieczorem wyjąłem raptularz taksacyjny i pokazałem panu Władkowi sporządzony przez siebie szkic i opisy taksacyjne. Wyróżniłem i opisałem blisko dziesięć wyłączeń. Po chwili ze zdziwieniem zobaczyłem, jak pan Władek również wyjmuje z raportówki raptularz i porównuje z moim szkic i opisy wyłączeń tego samego oddziału, ale otaksowane prze siebie. Były różnice, ale nie było wątpliwości, kto ma dokonać poprawek. W tej sytuacji zaproponowałem, żeby tę taksację pan Władek rozliczył jako swoją, ale nie chciał w ogóle o tym rozmawiać. Innym razem na kwaterze pożyczyłem od pana Władka 100 zł (wartość mniej więcej dzisiejszej „stówki”). Kiedy po około dwóch miesiącach niewidzenia się (kwaterował gdzie indziej) chciałem zwrócić pożyczone pieniądze, nie chciał ich przyjąć. Twierdził, że nie pamięta aby mi pożyczał jakieś pieniądze. Dopiero po dłuższym moim naleganiu niechętnie je przyjął. W ogóle był to człowiek bardzo skromny, uczciwy i niezwykle uczynny.

W 1971 r., w czasie urządzania Nadleśnictwa Cisna przypadło mi kwaterować w baraku robotniczym w Roztokach Górnych, odległych około 10 km od Cisnej. Na tym prawie bezludziu wśród bieszczadzkich lasów znajdowała się jeszcze leśniczówka Leśnictwa Roztoki z samotnym leśniczym Sojką (kandydatki na żonę nie chciały tam zamieszkać) i placówką Wojsk Ochrony Pogranicza. Wieczorami, przy gwiaździstym niebie, słychać było porykiwanie jeleni – byków na rykowisku i od czasu do czasu wycie wilków. Ze mną kwaterował jeszcze żyjący (oby jak najdłużej) pan Zdzisław Szczygieł, który nie raz otaczał mnie niemal ojcowską opieką. Szczególnie utkwiła mi w pamięci przygoda któregoś „szewskiego” poniedziałku, pod koniec jesieni. Wracając z Przemyśla do Roztok Górnych na kwaterę utknąłem z kilkoma kolegami w barze Zacisze (tzw. mordowni) w Cisnej. Tam miło nam się gawędziło przy kolejnych kuflach piwa, a może i przy czymś więcej, aż do zmierzchu, kiedy zorientowaliśmy się, że niestety pora się pożegnać i wracać, każdy do swojej kwatery. Po wyjściu z przytulnego baru zrobiło się nagle bardzo nieprzyjemnie. Ciemno, zimno i mokro – padał deszcz ze śniegiem. Poczułem się nieswojo, ale ruszyłem w drogę dostrzegając w „egipskich” ciemnościach czasem bielejący przy drodze brzozowy krzyż i zarysy kałuż. Co chwilę chlupała w nich woda pod moimi butami, które zresztą szybko przemokły. Przeszedłem tę drogę w ciągu prawie dwóch godzin, niemal doszczętnie przemoczony, obłocony i zmarznięty. Kiedy położyłem się do łóżka pan Zdzisiu (później po prostu Zdzisiu) podał mi gorącą herbatę i coś do zjedzenia, a następnie przyrządził tzw. grzańca (gorące wino, chyba z cynamonem). Pomogło. Nie przeziębiłem się. Nazajutrz mimo, że głowa trochę bolała, wstałem i poszedłem do pracy w puszczańskich ostępach.

Z „szewskimi poniedziałkami” wiążą się także dość zabawne historie. Na przykład w Przysłupiu, gdzie był słynny w okolicy bar „Texas”, a może to było już w Dołżycy - bliżej Cisnej, kwaterowałem z kolegą Jasiem F. w opuszczonej leśniczówce. Zdarzyło się, że po powrocie z niedzielnego wypoczynku z rodziną w Przemyślu (sobota była dniem pracy) poszedłem do lasu, mimo, że było już dość późno na wyjście do pracy w lesie, bo słonko zawisło prawie w zenicie. Kolega Jasio miał w tym dniu inne plany. Kiedy pod wieczór wróciłem z lasu, zobaczyłem przed leśniczówką panów inspektorów Biura: Bertolda Pradeloka z Warszawy i Ludwika Mrożka z Przemyśla, a także kierownika drużyny Andrzeja Ziębę. Natomiast w oknie na poddaszu leśniczówki widniała przyklejona do szyby twarz Jasia, przejętego zaistniałą sytuacją. Dawał mi błagalne znaki oznaczające: „Mów, że mnie nie ma !”. Po chwili padło prawie sakramentalne pytanie: „Gdzie jest Jan F.” ? Odpowiadając na nie niestety skłamałem, że: „w lesie i wróci bardzo późno”. Inspektorzy chyba uwierzyli, bo po zapowiedzeniu kontroli nazajutrz, odjechali. Dziś jest mi trochę wstyd z powodu tego kłamstwa, jednak mam nadzieję, że będzie mi ono wybaczone. Innym razem, też w poniedziałek i w tej samej leśniczówce, kolega Jan G. przyjechał specjalnie, aby nas uprzedzić o nieuchronnej w tym dniu kontroli (chyba jak w poprzedniej chodziło o przyłapaniu nas na poniedziałkowej bumelce). Ledwie przekazał nam cenną wiadomość, a już usłyszeliśmy kroki i znajome głosy inspektorów wchodzących po schodach. W tej sytuacji Jasiu G. długo się nie zastanawiał, bo natychmiast wskoczył do służbowej szafy w naszym pokoiku i tam prawie w bezruchu przeczekał niezapowiedziane odwiedziny. Mimo napięcia wynikającego z okoliczności przeprowadzanej kontroli, trudno było nam z Jasiem F. zachować powagę, zwłaszcza kiedy patrzyliśmy na co jakiś czas cicho skrzypiącą szafę.

Jeszcze wspomnę o Aleksandrze S., bardzo lubianym przez kolegów, z powodu specyficznego humoru i żartowania prawie ze wszystkiego. Już po podpisaniu umowy i załatwieniu wszystkich formalności związanych z przyjęciem do pracy zaskoczył i ubawił wszystkich pytaniem: „Jak długo trzeba pracować by przejść na emeryturę?”. Z czasu wspólnego kwaterowania z Olkiem zapamiętałem pewien słoneczny ranek w leśniczówce w Nowosielcach Kozickich. Miałem już wyjść do pracy kiedy przyszli do Olka robotnicy z którymi miał pracować. W tym dniu mimo, że słonko było już wysoko nad horyzontem, Olek jeszcze leżał w łóżku. Gdy ich ujrzał bardzo się zdziwił. Z właściwą sobie flegmą i uśmiechem zapytał dlaczego tak wcześnie przyszli, bo jak powiedział: ” O tej porze moja mama muchy ze mnie zgania”. Od tego dnia robotnicy przychodzili już o właściwej porze.

Pisząc o tamtym bardzo trudnym okresie, wspomnę jeszcze o tym, że w pierwszych latach mojej pracy, rzadko korzystaliśmy z samochodu służbowego. Tak też było jesienią 1967 r., kiedy przeprowadzałem się wynajętą furmanką z Wańkowej do Łobozewa, ze sprzętem i materiałami służbowymi spakowanym w solidnej służbowej skrzyni drewnianej zamykanej na kłódkę. Kwatery wynajmowaliśmy indywidualnie i samodzielnie, możliwie najbliżej urządzanego lasu, nie przykładając większej wagi do ich standardu. Dobrze było, gdy udało się wynająć kwaterę z wyżywieniem. Do najdalszych oddziałów trzeba było pokonywać wielokilometrowe odległości.

W latach siedemdziesiątych nawet płacono za „dojście do lasu”, chyba około 40 gr za każdy przebyty pieszo kilometr. Uwidaczniało się to w załączonym do delegacji „Wykazie dojść do pracy”.

W Bieszczadach i w innych miejscach, z powodu niedostatku produktów żywnościowych przy w ogólnym wówczas niedoborze, żywiliśmy się zwykle konserwami rybnymi i gotowanymi przez siebie zupami w proszku. Do restauracji było zwykle daleko, a i wybór ciepłych posiłków był niewielki (najczęściej niezbyt smaczny bigos i fasolka). Po pracy, o późniejszej porze, już w ogóle nie było co tam jeść. Chyba w latach osiemdziesiątych zaczęliśmy otrzymywać tzw. posiłki regeneracyjne, wysokokaloryczne z „wsadem mięsnym”, ale nie wszystkie były przez nas chętnie zjadane.

Przyrządy i narzędzia, którymi się posługiwałem w pracy terenowej, zaczynając od najprostszych, to: ośnik, rynszpak, tasak (maczeta), szczerbinka relaskopowa Bitterlicha, średnicomierz (klupa), taśma miernicza (ruletka), wysokościomierz (lunetka) Weisego, wysokościomierz Matusza, teodolit TB1 (zwany instrumentem) z dwumetrowymi łatami mierniczymi, a w pracy kameralnej: podziałki transwersalne, kątomierze, szpilki do nakłuwania punktów pomiaru busolowego, planimetry, maszyna do liczenia na korbkę - tzw. „kręciołek” (nie pamiętam marki), ciężkie kalkulatory - chyba i później znacznie mniejsze i lżejsze - również podłączane do sieci elektrycznej i być może jeszcze inne urządzenia i przyrządy.

Na koniec wspomnę jeszcze jeden pamiętny dla mnie dzień z pierwszych miesięcy okresu mego zatrudnienia. Było to na początku pięknej, słonecznej jesieni. Wówczas całą drużyną, z kierownikiem Andrzejem Ziębą, zakwaterowaliśmy w gajówce w Wańkowej (Nadleśnictwo Olszanica). Po zakrapianej obiadokolacji („wypędzanie diabła” na nowej kwaterze) wcześniej położyłem się spać w łóżku na korytarzu (tylko kilka dni, z braku miejsca w izbach). Przed uśnięciem jeszcze zdołałem usłyszeć jak któryś ze starszych kolegów, chyba pan Marian Wlazełko, powiedział: ”Tadziu jest taki delikatny. Nie przepracuje w urządzaniu dłużej niż kilka miesięcy”. Przepracowałem 20 lat, a zdobyta wiedza i doświadczenie przydały się w mojej dalszej pracy zawodowej. Była to również szkoła życia, która uczyła radzenia sobie w trudnych warunkach i sytuacjach, o czym mogłem się przekonać już parę miesięcy później, odbywając zasadniczą służbą wojskową, przerywającą na dwa lata okres mego stażu.

Tadeusz Misiak

Składam wszystkim (nielicznym) autorom wspomnień, serdeczne podziękowanie za przekazanie swoich wspomnień, wyrażając równocześnie żal, że tylko nieliczni zechcieli podzielić się swoimi wspomnieniami. Może po otrzymaniu tego niedoskonałego opracowania, u niektórych zrodzi się refleksja, może zechcą dołączyć również swoje wspomnienia dla następnych pokoleń, bo przecież my tworzymy historię aktualną i dalsze karty można dalej zapisywać, rozszerzając opracowanie. Może odświeżą się wspomnienia podczas przeglądania zamieszczonych zdjęcia i inni zechcą dodać coś od siebie.

Zamieszczone wspomnienia, są tylko fragmentami powojennej historii, z trudnego okresu pracy w urządzaniu, w oderwaniu od rodziny, w wiecznej tułaczce i niewygodach, pracowników terenowych poświęcających swój czas dla dobra polskich lasów. Chociaż jako leśnicy byliśmy traktowani po macoszemu, nie dano nam mundurów i innych przywilejów należnych leśnikom, chociaż nasza praca była i jest służbą na rzecz lasów i ojczystej przyrody.

Wspomnienia przytoczone są w wersji oryginalnej, bez poprawek i korekt i stylistycznych i interpunkcyjnych.

Wszystkim pracownikom urządzającym polskie lasy w okresie powojennym i późniejszym oraz ich rodzinom, które mając męża i ojca ,,w delegacji”, ponosiły koszty samotnego wychowania dzieci i borykały się z problemami życia codziennego, tą drogą składam serdeczne podziękowania i życzenia wszelkiej pomyślności, dużo zdrowia i szczęścia, spełnienia marzeń i miłych wspomnień.

DARZ BÓR - Wiktor Niećko